Trzy dni po pogrzebie matki moja siostra zażądała podziału mieszkania, lecz gdy zapukała sąsiadka, jej uśmiech nagle zniknął.
Była sobota, kilka minut po dziewiętnastej, a w kuchni wciąż pachniało lawendowym mydłem mamy. Obracałam w dłoniach starą filiżankę w niebieskie kwiaty. Na brzegu biegło pęknięcie, które mama zrobiła zeszłej zimy, kiedy osłabione ręce wypuściły naczynie na podłogę. Skleiłam je wtedy własnymi palcami. Teraz rysa drapała mnie jak ostrze.
Marika stała przy lodówce, w czarnym swetrze i z włosami związanymi zbyt ciasno. Jej mąż Levan opierał się o framugę i udawał, że wiadomość w telefonie jest ważniejsza od wszystkiego, co działo się w tym domu.
— Musimy to załatwić dzisiaj — powiedziała Marika. — Mieszkanie trzeba podzielić po równo.
— Nie wiemy jeszcze, czego chciała mama.
— Wiemy doskonale. Była naszą matką.
Levan prychnął, a jego srebrny zegarek stuknął o framugę.
— Zmarli już niczego nie chcą, Irina. Żywi muszą podjąć decyzję.
Spojrzałam na jego dłonie. Na prawym
Dalszy ciąg na następnej stronie