kciuku miał świeże zadrapanie, choć jeszcze rano go nie widziałam. Levan od miesięcy tonął w długach. Wiedziałam o tym, ale mama prosiła, żebym nie mówiła Marice, dopóki sama nie zobaczy prawdy.
O dwudziestej weszłam do sypialni mamy. Na łóżku leżał jej szary kardigan, ciężki od zapachu lawendy i ciepła, którego już nie było. W kieszeni znalazłam pierścionek z zielonym kamieniem. Pod łóżkiem czekała szara teczka z rozciągniętą gumką.
Mama wręczyła mi ją dzień przed wyjazdem do szpitala. Pamiętałam chłód jej palców i ból paznokci wbijających się w moją dłoń.
— Otwórz dopiero wtedy, gdy Marika będzie przy tobie — wyszeptała. — I zanim uwierzysz komukolwiek, przeczytaj wszystko.
Wróciłam do kuchni o dwudziestej piętnaście. Marika od razu wyciągnęła rękę.
— Co tam jest?
Nie odpowiedziałam. Zdjęłam gumkę. Pierwszą kartką okazała się kopia testamentu. Marika wyrwała mi ją i przebiegła wzrokiem po tekście. Wazon z suszoną lawendą zadrżał, gdy odsunęła się od stołu.
— Wszystko zapisała tobie? —
Dalszy ciąg na następnej stronie